Trudna sztuka ekonomicznych anegdot

Michał Gamrot

2014/10/28

Co wspólnego mają ze sobą sympatycy szkoły austriackiej, wolnorynkowi apologeci i polskie wyrocznie ekonomiczne? Wszyscy z nich lubują się w opowiadaniu ekonomicznych anegdot mających na celu przekonanie do ich poglądów nieznającej się na ekonomii części opinii publicznej. Ekonomia tłumaczona jest przez nich na przykładzie stania po lodówkę w kolejce, filozoficznych pytań o to co było pierwsze (popyt na iPhone’a czy jego podaż), opowieści o łobuziakach chcących wybijać szyby okolicznym piekarzom, domniemanego niemycia zębów przez keynesistów w celu pobudzenia koniunktury czy w końcu piosenek przyrównujących politykę monetarną do picia wódki.

Pomimo niskiej wartości poznawczej owych historii i częstej miałkości intelektualnej ich autorów, historie te cieszą się dużą popularnością. I nie ma w tym nic złego, ich odbiorcami są przecież najczęściej ludzie którzy tylko udają zainteresowanie ekonomią, w rzeczywistości będąc jedynie konsumentami neoliberalnej / austriackiej ideologii.

Prawdziwi ekonomiści, naukowcy zajmujący się budowaniem teorii i analizą danych ekonomicznych, wydają się być na przegranej pozycji. Naukowy rygor nie pozwala im na sprowadzanie skomplikowanych teorii do prostych historyjek. Intelektualne skrzywienie nabyte na studiach ekonomicznych, zmusza ich do podkreślania złożoności makroekonomicznej rzeczywistości, częstego wtrącania enigmatycznego ,,i tak, i nie” lub ,,to zależy”. Na szczęście, zawodowi ekonomiści też mają kilka swoich (z życia wziętych) historyjek.

Historia pewnej komuny

Historia, którą chciałbym opowiedzieć wam dzisiaj, zaczyna się we wczesnych latach 70-tych w Waszyngtonie. Grupa około 150 par z małymi dziećmi założyła stowarzyszenie wzajemnego pilnowania dzieci (ang. baby sitting co-op) — komunę, w której wymieniali się przysługami. Wszyscy rodzice należący do stowarzyszenia mogli zostawić wieczorem swoje dzieci innej parze, a sami pójść na przykład do kina lub teatru. Aby zminimalizować możliwość nadużywania systemu każda para otrzymała kilkanaście kuponów, każdy o wartości jednej godziny opieki.

Na początku system działał relatywnie sprawnie — pary wymieniały się kuponami, wszyscy byli zadowoleni. Po pewnym czasie okazało się jednak, że dla dużej części osób, liczba posiadanych kuponów jest niewystarczająca. Zaczęły więc akumulować kupony w jedyny możliwy sposób — chętniej niż wcześniej oferowały usługi pilnowania dzieci i jednocześnie nie wydawały posiadanych kuponów. W konsekwencji, na rynku opieki nad dziećmi powstała nadwyżka podaży nad popytem. Każda para chętnie opiekowałaby się dziećmi innych, ale jednocześnie niechętnie oddała by swoje dzieci innym. Gospodarka stowarzyszenia wkroczyła w fazę recesji.

Ze względu na zawód większości członków stowarzyszenia (urzędnicy, dyplomaci), w celu rozwiązania problemu zaproponowano na początku metodę administracyjną. Każdej parze nakazano zostawiać dzieci innym przynajmniej dwa razy w miesiącu. Jak zapewne się domyślacie na wiele się to nie zdało. Na szczęście, wśród rodziców znalazło się dwoje ekonomistów: Joan i Richard James Sweeney. Zauważyli oni nierównowagę pomiędzy popytem na kupony a ich podażą. Rozwiązanie jakie zaproponowali, choć wyjątkowo proste, było bardzo skuteczne. Ze względu na sztywną relację wymiany pomiędzy kuponem a ilością czasu opieki nad dzieckiem, Joan i Richard zaproponowali zwiększenie liczby kuponów w obiegu.

Dodatkowe kupony zaspokoiły popyt na (kuponową) płynność większości z par. Będąc pewnymi tego, że liczba posiadanych przez kuponów wystarczy na zaspokojenie nagłych potrzeb, większość rodziców przestała panicznie dążyć do zwiększenia posiadanych przez siebie zapasów. Z powrotem zaczęli je wydawać, a ,,gospodarka” stowarzyszenia wyszła z recesji.

Oczywiście w przypływie euforii stowarzyszenie wyemitowało zbyt dużo kuponów, co doprowadziło do innych problemów. Ale to już temat na inną dyskusję…

Morał

Młodzi ekonomiści czytający ten post od razu zrozumieją odniesienie do koncepcji paradoksu zapobiegliwości i koncepcji sztywnych cen. Zrozumieją też nawiązanie do ekspansywnej polityki monetarnej / fiskalnej i wpływu jaki może mieć na pogrążoną w recesji gospodarkę. Wyszukają więcej informacji na temat waszyngtońskiego stowarzyszenia, być może przeczytają artykuł Joan i Richarda Sweeney, aby w końcu zastanowić się nad współczesną polityką monetarną. Ci z mojego wpisu wyniosą najwięcej.

Część moich czytelników, ta o lewicowych poglądach, uzna powyższą anegdotę za dowód słuszności tezy o konieczności ekspansji monetarnej/fiskalnej i niczym Robert Gwiazdowski opowiadający o lodówce, której nie mógł kupić w PRLu, będzie przytaczać ją swoim znajomym jako koronny argument za makroekonomiczną polityką stabilizacyjną. Ci z mojego wpisu nie wyniosą za wiele.

Będzie też pewnie grupka obrońców szkoły austriackiej z parafii Misesa. Do dyskusji wniosą oni zapewne to, że (bez przedstawiania dowodów) stwierdzą, że na ,,prawdziwie” wolnym rynku ceny kuponów byłyby elastyczne, a Paul Krugman (który lubi powoływać się na tę historię), jest lewakiem, który nigdy nie zrozumie ukrytego piękna prakseologii i jedynego słusznego systemu monetarnego — standardu złota. Ci z mojego wpisu nie wyniosą nic. No może oprócz bólu dupy, który odczuwają za każdym razem gdy ktoś nie zgadza się w 100% z tym co mówią.

Prawda jest taka: ekonomia to skomplikowana, pełna niuansów dziedzina nauki. Fajnie się nią interesować, dobrze jest czytać na jej temat (nawet anegdoty Gwiazdowskiego), ale proszę was — konstruując swoje argumenty, zamiast anegdotami posługujcie się danymi.