Klasyczna doktryna bankowości centralnej, wynikająca z błędnego przekonania o długookresowej neutralności pieniądza, zaleca skupienie się przez władze monetarne na zmiennych nominalnych. Skoro, według teorii, w długim okresie bank centralny nie jest w stanie kontrolować zmiennych realnych (takich jak produkcja czy zatrudnienie), to jego celem powinnien być jakiś wskaźnik nominalny.

Najczęsciej podawanym przykładem jest tutaj podaż pieniądza bazowego. Według naiwnej interpretacji monetaryzmu, prezentowanej zazwyczaj przez fanów szkoły austriackiej, podwojenie bazy monetarnej spowoduje (według monetarystów) w długim okresie jedynie dwukrotny wzrost cen. Bank centralny powinien więc koncentrować się na takim zarządzaniu swoim bilansem aby podaż pieniądza bazowego rosła w stałym tempie lub utrzymywała się na stałym poziomie.

Doświadczenia z przełomu lat 70 i 80 w USA zachwiały wiarą w słuszność doktryny o konieczności kontroli agregatów monetarnych. Zamiast przemyśleć dokładniej to co powinien robić bank centralny, ekonomiści zatrudnieni we władzach monetarnych postanowili pójść po linii najmniejszego oporu i zmienić nominalną kotwicę z podaży pieniądza na stopę inflacji. Niestety, w całym tym zamieszaniu zapomniano o jednej, podstawowej kwesti: inflacja nie jest zmienną nominalną.

Inflacja, rozumiana przez większość profesji jako arbitralna miara tempa wzrostu ogólnego poziomu cen, wynika z zarówno popytowych (stricte monetarnych) jak i podażowych czynników. Ogólny poziom cen może wzrosnąć z powodu klęski żywiołowej (strony podażowej) jak i gwałtownego przyspieszenia akcji kredytowej przez banki (czynnika nominalnego). Koncentrując się w 100% na inflacji bank centralny może więc podejmować nieoptymalne decyzje, traktując podobnie popytowe i podażowe szoki gospodarcze.

Bankierzy centralni na szczęscie doskonalne o tym wiedzą (przynajmniej w teorii) i rozumieją, że od czasu do czasu, w przypadku gdy inflacja rośnie / spada z powodu czynników podażowych, nie powinni zacieśniać / rozluźniać polityki monetarnej. Stąd też członkowie RPP w swoich enigmatycznych wypowiedziach lubują się w powoływaniu na inflację bazową, a biedni urzędnicy NBP muszą na tej podstawie przygotowywać równie enigmatyczne minutes z ich spotkań.

O ile prostszy byłby świat, gdyby zamiast iluzji inflation targeting bankierzy centralni skupili się na prawdziwie nominalnej zmiennej, nominalnym dochodzie.

###

Chcesz skomentować lub z czymś się nie zgadzasz? Zapraszam na twittera (@cenapieniadza) i facebooka.